Klapa. Jedna wielka klapa.
Miało być inaczej i gdzieś indziej, ale jak już wszystkie inne możliwości przepadły, po prostu wsiadłem na rower i pojechałem. Bez planu i należytego przygotowania, bez spoglądania na pogodę, ale co tam, wyszło tak nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.
Trasa:
Warszawa - Wola Aleksandra - Stanisławów - Michałów Reginów - Łajski - Dębe - Chrcynno - Nasielsk - Nowe Miasto - Ojrzeń - Ciechanów - Grudusk - Krzynowłoga Wielka - Chorzele - Wielbark - Jedwabno - Burdąg - Pasym - Grzegrzółki - Rusek Wielki - Giławy - Jedzbark - Prejłowo - Patryki - Silice - Skajboty - Mokiny - Sapuny - Barczewo - Barczewko - Tuławki - Jesionowo - Dobre Miasto - Lubomino - Orneta - Wilczęta - Młynary - Elbląg - Raczki - Żurawiec - Wiśniewo - Nowe Dolno - Stankowo - Marwica - Rychliki - Dzierzgoń - Stary Dzierzgoń - Susz - Iława
Dystans i czas netto (wg wskazań licznika): 477,76 km, 23:21:19
Czas brutto: 30:10 (10:10 (25-01-2018) - 16:20 (26-01-2018))
Sumy przewyższeń (wg wskazań licznika): +2497m, -2464m
Do nawigacji używałem mapę samochodową Polski w skali 1:700.000. Wziąłem ze sobą moje ulubione "setki" (WZKart.), ale nie używałem ich, aby nie korciło mnie do zjazdu na jeszcze bardziej lokalne drogi. W tych warunkach skończyło by się zapewne brnięciem przez śnieg lub przez błoto. Trasy nie miałem wcześniej zaplanowanej, po prostu na bieżąco wytyczałem dobie kolejne odcinki. W lepszych warunkach pogodowych zapewne pojechałbym ciekawszymi drogami. A tych przecież nie brakuje.

Na zaporze w Dębem.

Szybka kawa w cukierni w Nasielsku. Przy okazji rzut oka na mapę i planowanie następnego odcinka trasy.

Pokryte śniegiem drogi na północy Mazowsza.

Bury poranek.

Na elbląskiej starówce.


W drodze do Dzierzgonia.
Miałem nadzieję, że wrócę rowerem do Warszawy, ale z bólu nie byłem w stanie dalej jechać. Już od dłuższego czasu nie tyle jechałem co turlałem się do przodu, co jakiś czas prowadząc rower, aby mniej bolało. W Iławie złapałem pociąg jadący objazdem z Bydgoszczy do Warszawy. Dzięki objazdowi, pociąg nie zatrzymywał się, aż do Warszawy, Podróż minęła szybko, sprawnie i niedrogo.

Wskazania licznika.
Problemy zaczęły się, kiedy wjechałem na gościnną ziemię warmińską. Śniegu było tam mniej niż na Mazowszu, ale nawierzchnia dróg to była jedna wielka tragedia. Dziury, wyrwy, łaty, nierówności, itp. Generalnie lubię jazdę terenową, ale tym razem wybrałem się pojeździć szosami. Wąskie opony, zmierzch, warstwa wody z topniejącego śniegu i mżawki, przeplatanej opadami deszczu oraz gęstej mgły. O dziwo, opony całkiem dobrze się sprawdziły. Ale czasu i sił wytraciłem przy tej okazji mnóstwo.
Przez całą noc w zasadzie coś padało. Oprócz wody z nieba i z powietrza, opony zbierały potoki wody z drogi i lały na mnie. Drugiego dnia jazdy też nie było lepiej. Przed południem było trochę suszej, ale później siąpiło na nowo. Do tego z upływem czasu się ochładzało. Dłonie bolały z zimna.
Jeszcze w nocy, na trzeciorzędnych drogach nie było ruchu samochodowego i można było swobodnie szukać przejezdniejszych miejsc na drodze. Od wczesnego rana pojawił się ruch. Na wielu drogach, także tych w miarę głównych, jazda bokiem nie wchodziła w grę rowerem nie terenowym. Można by powiedzieć, że z racji nierówności i zniszczenia nawierzchni, pobocze płynnie przechodziło w asfalt. Za to samochody pędziły, pomimo mało sprzyjających warunków - opady, mgła, mżawka, woda zbierana z jezdni, itp. Było szaro i mgliście. Nawet za widoku jechałem z błyskającymi lampami, aby jadący z naprzeciwka, wyprzedzający ciężarówki, mieli szansę zobaczyć mnie, zanim rozpoczną manewr.
To wszystko to by było nic, gdyby nie to, że moje ciało odmówiło współpracy. Pewnie z powodu zbyt długiej przerwy w jeździe na tym rowerze, bo na rowerze jeżdżę praktycznie codziennie do/z pracy. Tyłek szybko stał się jedną wielką raną. Z upływem czasu było coraz gorzej. Momentami łzy bólu same cisnęły się do oczu. Oprócz tego nadwyrężyło mi się Ścięgno Achillesa w prawej nodze. Ból z tego powodu był dla mnie bardzo uciążliwy. W lewej nodze dla odmiany siadło kolano. Liczne podjazdy, tragiczna nawierzchnia i jeszcze ten ból. Sam w to nie mogłem uwierzyć, ale wielokrotnie po prostu szedłem prowadząc rower, bo nie byłem w stanie jechać. Ból był zbyty silny. Poza tym jedna kontuzja wpływała na drugą. Ból tyłka nie pozwalał pewnie usiąść, to się przekładało na ścięgno, a to pewnie powodowało obciążenie drugiej nogi i ból w kolanie, i tak w kółko. Przez wiele godzin.
Wciąż mam problem z chodzeniem i siedzeniem. Już nie raz sobie postanawiałem, że nie jadę w trasę, dopóki nie znajdę wygodnego siodła i dopóki nie ustawię optymalnie roweru. Miało być dobrze, wyszło jak zawsze.
Pod pewnymi względami to był dla mnie też czas testowania pewnych nowości.
Jedzenie - jak najmniej węglowodanów. Założenia diety niskowęglowodanowej w moim (aktualnym) przekonaniu powinny świetnie się sprawdzać w długotrwałym wysiłku. Od dłuższego już czasu przestawiałem organizm na spalanie tłuszczy. Wiadomo węgle (m.in. cukier, makaron, pieczywo, owoce, itp.) to w największym uproszczeniu, strzał glukozy, a potem zjazd, senność, wyłączenie korzystania z zasobów organizmu - problem z sensownym odżywianiem podczas jazdy. Wciąż trzeba coś jeść, bo głód i zjazd energetyczny powracają regularnie. No i senność, co w przypadku jazdy długodystansowej stanowiło dla mnie jeden z większych dyskomfortów. Organizm nie jest w stanie przestawić się szybko na efektywne spalanie zapasów tłuszczowych. Zatem eksperymentowałem - surowe żółtka jajek, kiełbasa, tłusta śmietana, olej kokosowy, masło, gorzka czekolada 90%, itp. Po drodze żadnych kanapek, drożdżówek, słodyczy, orlenowskich specjałów (poza kawą), itp. Nad ranem wyłamałem się i zziębnięty oraz przemoczony zjadłem hot-doga. Żałowałem tego później, bo czułem go potem długo, no i test został nieco zakłócony. Całkiem nieźle jechało się na takim paliwie. Co ciekawe rzeczywiście nie męczyła mnie senność. Czy to wpływ takiej diety - nie wiem. Także nie miałem zjazdów energetycznych i nie musiałem często jeść. Nieliczni sklepikarze ze zdziwieniem patrzyli, jak zajadam się dużym kubkiem tłustej śmietany. Dało się znaleźć śmietanę bez dodatków (przynajmniej tych deklarowanych przez producenta). Nie czułem się ani ociężały, ani przejedzony, ani głodny.
Taki sposób żywienia wyklucza z użycia stacje benzynowe, Mcdonaldy, itp. Ale za to w niemal każdym sklepie da się znaleźć podstawowe produkty. Łatwo też wozić ze sobą odżywcze produkty. O ile przygotuje się je wcześniej.

Śniadanie przed wyjazdem.
Nowością dla mnie było też oświetlenie (Supernova E3 Pro - kupiłem używaną w dobrej cenie) na dynamo (Shutter Precision PD-8). Pierwsza klasa! W końcu światła tyle ile potrzeba i bez sępienia na akumulatorach. Gdyby nie to, te parszywe "asfalty" musiałbym pokonywać jeszcze wolniej i uważniej. Szczególnie na zjazdach z pagórków. Przydałoby się jeszcze wykombinować jakieś mocowanie wyżej, na kierownicy. Koło pod dynamo zostało zaplecione na obręczy (Road Runner Mach1 622x15c) pod hamulce szczękowe. Dzięki temu pasuje zarówno do gravela z hamulcami tarczowymi jak i do szosy z hamulcami szczękowymi.
No i opony (Panaracer GravelKing 700x26C napompowane zgodnie z zaleceniem producenta 7.4 bar). Nie spodziewałem się, że wytrzymają taką nawierzchnię. No i do tego było na tyle miękko i wygodnie, że dało się jechać całkiem szybko i pewnie. Ciekawe czy to zaleta szerszych opon czy stalowej ramy roweru.
Rower wyekwipowałem bikepackingowo. Teraz, z uwagi na zimową porę i niewiadome warunki - ni to mróz, ni to chlapa - miałem ze sobą więcej zapasowych, newralgicznych ubrań. Zresztą, jak zwykle z lenistwa i chomikowania na czarną godzinę, z ubrań tych nie skorzystałem. Ale w korzystniejszych porach roku, rezygnacja z tych ubrań da dodatkową przestrzeń ładunkową bez konieczności stosowania dodatkowych toreb. Trójkąt Triglava nie przemókł!